Teraz jest 05 gru 2020 19:03:25




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 5 ] 
Potomkowie 
Autor Wiadomość
Użytkownik

Dołączył(a): 31 sty 2009 21:51:44
Posty: 5
Post Potomkowie
Coś takiego kiedyś nabazgrałam :oops:

Prolog
Przy olbrzymim panoramicznym oknie stało dwoje ludzi i z natężeniem wpatrywało się w widoczną w oddali planetę. Niebieska kula sama przyciągała wzrok, szczególnie postawnego mężczyzny, jego nozdrza delikatnie drżały w napięciu.
-To nasz jedyny ratunek- odezwał się głębokim basem.
-Nie jestem pewna- odpowiedziała mu kobieta o urodzie elfa.- Sprawdziliśmy już wiele planet w tym układzie, ale żadna nie nadawała się do zamieszkania, nawet w tak skrajnej sytuacji jak nasza.
-Nie bądź taka sceptyczna, Mono- przeczuwał, że ma rację.- Bardzo przypomina naszą planetę, może jest tylko jest bardziej niebieska.
-Goram- westchnęła ciężko.- To byłoby zbyt piękne żeby było prawdziwe. Seran znamy tylko z książek i starych zapisów video. Ostatni kontakt z nimi miał jeszcze twój dziad, a to było wieki temu.
-Zobaczymy jak to wygląda, kiedy wróci sonda.
-Wysyłaliśmy je na tyle planet, że wątpię, że jakakolwiek nadaje się do zamieszkania po tej stronie wszechświata. Wysłali nas w martwy rejon.
-Jesteśmy naukowcami, a nie szukamy innego miejsca do zamieszkania. Gdyby nie awaria za pewien czas zawrócilibyśmy w stronę domu i następne pokolenia wychowywałyby się już na Seranie.
-Ale tak się nie stanie- miała strasznie zacięty wyraz twarzy.
Nie potrafił jej pocieszyć i wcale się jej nie dziwił. Rada ich rodzinnej planety wysłała w kosmos 10 statków w celu spenetrowania wszechświata. Mieli znaleźć jedną, przynajmniej jedną, planetę nadającą się do zamieszkania, lub posiadającą jakieś formy życia, inteligentne lub nie. Ich zadaniem nie był podbój kosmosu, lecz jego poznanie. Ze starych zapisów wiedzieli, że inne załogi zdołały już wrócić do domu, przynajmniej większość. Kontakt zerwał się jednak tak dawno, że nie mieli pewności jak to wszystko się skończyło. Podejrzewali jednak, że są jedynymi, którzy jeszcze nie wykonali zadania. Teraz jednak nie miało to żadnego znaczenia, stawką stało się ich przeżycie.
Kłopoty zaczęły się, kiedy skręcili w ten układ planetarny. Gwiazda przewodnia świeciła tak mocna, że jej blask niósł się poprzez pustkę bardzo daleko, co napawało ich nadzieją na wypełnienie zadania. Niepostrzeżenie układy zaczynały odmawiać posłuszeństwa, jeden z głównych komputerów sterujących procesami życiowymi odmówił całkowicie posłuszeństwa tak, że musieli go całkowicie odłączyć. Wtedy stracili pierwszego członka załogi. Byli oczywiście obeznani ze śmiercią, przecież nie byli nieśmiertelni, obecni byli już siódmym pokoleniem urodzonym na tej latającej wiosce.
Stracili wtedy Rera, męża Mony. Była to wielka tragedia dla tej młodej kobiety, nawet nie zdążyli doczekać się potomstwa, kiedy ona została sama. Nie miała szans na powtórny związek, była zbyt blisko spokrewniona ze wszystkimi dorosłymi członkami załogi. Jedynym, który wchodził w rachubę był syn Tryma, pokładowego nawigatora, ale miał zaledwie 5 lat. Nie miała zamiaru się żalić na swój los, ale to, co się stało zmieniło ją diametralnie. Przestała się uśmiechać i na wszystko patrzyła w czarnych barwach. Goram nieraz myślał, że sama zaczyna szukać śmierci, aby połączyć się z mężem i zniknąć z oczu tym, którzy starali się jej pomóc.
Zalegającą ciszę na mostku zakłócił daleki wybuch. Na konsoli zaczęły się zaświecać kolejno czerwone światełka, migając jaskrawym blaskiem i rozległ się przeraźliwy dźwięk brzęczka. Drzwi otworzył się z hukiem i do pomieszczenia wpadło kilku mężczyzn w brudnych kombinezonach, rzucili się do panelu sterowania i nerwowymi ruchami zaczęli sprawdzać wszystkie systemy.
-Poszedł główny napęd- srebrnowłosy starzec podpierał się na lasce i zmrużywszy oczy przypatrywał się Gramowi.
Kapitan miał ochotę się rozpłakać, ale wiedział, że nie może. Jako jedyny starał się podtrzymywać morale załogi. Nie chciał pokazać, że nie widzi dla nich ratunku.
-Zapasowy wytrzyma drogę do tej planety?- zapytał zamiast tego.
Starzec jasnym spojrzeniem objął widok za oknem i zmarszczył czoło.
-Módlmy się do Donina żeby tak się stało- wyszeptał przez zbielałe usta.- Synu…
-Wiem, ojcze- wiedział, co chciał mu przekazać.- Mono, niech wszyscy zajmą się przygotowaniami do lądowania. Zabezpieczyć ładunki, ruchome przedmioty i … dzieci- powiedział po krótkim wahaniu.
-Ale sonda…- zaczęła.
-Nie mamy czasu czekać na jej powrót- pokręcił bezsilnie głową.- Niech stanie się to, co zaplanował dla nas Donin. Haren- zwrócił się do jednego z mechaników- czy statek wytrzyma potrójne przyspieszenie?
-Tak, jeśli zostawimy tylko system podtrzymywania życia rezygnując ze wszystkich innych- odpowiedział nie podnosząc wzroku znad konsoli.
-W porządku, do dzieła. Mono, daj znać jak wszystko będzie gotowe do przyspieszenia. Spieszcie się- ruszył w stronę drzwi.
Statek chybotał się niestabilnie, kiedy biegł korytarzem w kierunku swoich kajut i mijając innych mieszkańców tego latającego miasta spieszących wykonać jego rozkazy. Miało nadzieję, że przynajmniej część z nich zdoła przeżyć przymusowe lądowanie na obcej planecie. Przycisnął dłoń do skanera starając się nie wpadać w panikę. W głównym pomieszczeniu nie było nikogo, głosy syna i żony dochodziły z mniejszej sypialni.
-O, co znowu chodzi?- nie miał czasu na ich ciągłe sprzeczki, choć musiał przyznać, że Celia była trochę nadopiekuńcza w stosunku do ich jedynaka.
-On chce iść z tobą na mostek- w zielonych oczach Celii czaiła się wściekłość.- Przecież NIE MOŻECIE TAM BYĆ RAZEM- wykrzyczała.
- Matka ma rację- podniósł rękę, aby uciszyć młodzieńca.- Celio, znasz rozkazy.
Kiwnęła głową i ruszyła do głównego pomieszczenia, aby zabezpieczyć wszystko przed lądowaniem.
-Chodź za mną- ruszył nie oglądając się za siebie.
W gabinecie podszedł do starego obrazu i nacisnął górną krawędź ramy, z cichym świstem ściana rozsunęła się ukazując niewielkie pomieszczenie zalane miodowym blaskiem.
-Oto nasza tajemnica i powód, dlaczego przynajmniej jeden z nas musi żyć- uśmiechnął się smutno.- To musisz być ty, synu, ja jestem za stary na płodzenie dzieci, zresztą twoja matka…Nieważne, tylko ją kochałem i tak zostanie.
-Co to za pomieszczenie?- chłopak przerwał wywody ojca.
-Chodź- wszedł do środka.- Znasz naszą historię, Seran, Boga Donina i tak dalej. Wszystko to poznałeś w szkole. Jednak w pewne tajniki muszę wprowadzić cię sam. Pochodzimy z królewskiej rodziny, z jednej z bocznych linii i zostaliśmy wyposażeni w pewne klejnoty.
Przed chłopakiem stał postument zakryty szklaną kopułą, a w środku na szkarłatnej tkaninie leżało sześć kamieni.
-To kamienie mocy, od kilku pokoleń nie urodził się jednak nikt, komu chciałyby służyć.
Nagle jeden z diamentów zabłysnął jasnym blaskiem, a skupiony promień trafił prosto w Monara.
-Jesteś obdarzony silną mocą- w głosie Gorama słychać było zdumienie. – Jesteś następnym władcą i strażnikiem naszej tradycji i tajemnicy.
Dalszą rozmowę przerwał łagodny dźwięk komunikatora przypiętego do munduru kapitana.
-Kapitanie, wszystko gotowe- głos Mony wypełnił pomieszczenie.
-Już idę- odpowiedział.- Zostaniesz tutaj- spojrzał wymownie na syna.- W tych księgach- wskazał na zamkniętą skrzynię stojącą pod jedną ze ścian- znajdziesz odpowiedzi na wszystkie pytania.
Wyciągnął dłoń, aby uścisnąć rękę dorosłego syna.
-Opiekuj się matką- i zniknął za drzwiami.
Biegiem ruszył pustymi korytarzami do sterowni. Wpadł z impetem, a Haren natychmiast zabezpieczył drzwi i usiedli każdy we swoim fotelu. Po naciśnięciu odpowiedniego przycisku na konsoli wysunęły się pasy bezpieczeństwa przytwierdzając mężczyzn do siedzeń. Goram ujął w dłoń komunikator i wiedząc, że czyni to po raz ostatni zwrócił się z powagą do podróżnych.
-Mówi kapitan. Wszyscy znają naszą sytuację i moje ostatnie rozkazy. To lądowanie będzie niebezpieczne i twarde. Lecimy też na ślepo, ale to jest jedyne wyjście z sytuacji. Jedyne-podkreślił, a w oczach zalśniły mu łzy.- Niech Donin na nas wszystkich w opiece.
Skinął głową nawigatorowi i zaczął wpatrywać się w monitor. Panoramiczne okno zostało zasłonięte szczelnie płytami, musiał więc się zadowolić widokiem z kamery, jedynej, która jeszcze działała. Zgasły światła, Haren wyłączał kolejne systemy, aby otrzymać odpowiednią moc do rozpędzenia statku do pożądanej prędkości. Miał cichą nadzieję, że zdoła wyhamować w odpowiedniej chwili, że nic nie ulegnie zniszczeniu w czasie tej szaleńczej podróży.
Przyspieszenie wgniotło podróżnych w fotele i statek zaczął przypominać smugę światła biegnącą do określonego celu. Kapitan obserwował niewielką kulkę na ekranie i modlił się zbielałymi ustami o ratunek.


17 lip 2009 21:32:43
Zobacz profil
Użytkownik

Dołączył(a): 15 mar 2008 19:46:33
Posty: 191
Post Re: Potomkowie
Mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony opowiadanie wydaje się być totalnie nieciekawe, ale z drugiej, bardzo oryginalne, bo czy nie jest to aluzja do tego co może czekać Ziemię i jej mieszkańców w przyszłości dalekiej lub niedalekiej? Do tego dochodzi wątek bocznej linii królewskiej rodziny-strażników tajemniczej mocy. Aż chce się powiedzieć: a gdzie ciąg dalszy? Chociaż myślę, że niekoniecznie musi być kontynuacja opowiadania, to mogłaby jednak rozbudzić ciekawość czytelników. Zauważyłem kilka błędów stylistycznych i literówek, ale nie wpływają one znacząco na ogólną całość-osobiście poprawiłbym je.
Opowiadanie trochę mi trąci Star Trekiem, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Jednak ciekawość wzięła górę; udało im się wylądować i z jakim skutkiem?


12 sie 2009 11:10:43
Zobacz profil
Użytkownik

Dołączył(a): 31 sty 2009 21:51:44
Posty: 5
Post Re: Potomkowie
Jest dalszy ciąg, nawet dość długi. :zakrecony:


Rozdział 1: Ucieczka królowych.
Spomiędzy drzew prześwitywał blady księżyc nadając im upiorny wygląd. Konary cicho szeleściły w słabych podmuchach wiatru, nocne zwierzęta pochowały się w norach uciekając przed niespodziewanym hałasem. Cały świat zastygł w oczekiwaniu.
Dawno zarośniętą ścieżką szły szybo cztery kobiety. Co chwila któraś oglądała się za siebie oczekując pogoni. Gdzieś daleko za nimi rozległy się przytłumione odgłosy tętentu koni i krzyki ludzi, czasami wydawało im się, że niebezpiecznie zbliżają się do nich. We wszystkich parach oczu czaił się wielki ból, ale i nadzieja. Niepewnie kroczyły pośród ciemności, co chwila jakaś wpadała na wystające korzenie i chwiała się na nogach. W marę bezpieczne schronienie czekało niedaleko, za następnym wzgórzem, w starej chatce ich dzieciństwa. Nie mogły się jednak teraz poddać, były odpowiedzialne nie tylko za siebie.
Nagle przed nimi wyrósł niewidzialny mur. Odetchnęły z ulgą, jeszcze jeden zmożony wysiłek i nic im nie będzie im grozić. Stanęły w kręgu dotykając się opuszkami palców, kamienie zawieszona na ich szyjach zaczęły promieniować barwnym światłem. Niebieskie, zielone, czerwone i fioletowe promienie przeplatały się ze sobą tworząc zawiły wzór. W ich blasku zaczął rysować się otwór w formie niewielkich drzwi. Szybko, jedna za drugą, przekroczyły barierę. Dopiero tam usiadły pod drzewami i pozwoliły sobie na płacz. Gorące łzy rosiły ich twarze, a dusze niemo krzyczały z rozpaczy.

-Gdzie one są!- krzyczał wielki rycerz. Jego piękną twarz wykrzywiała złość.- Nie mogły nam uciec. Przecież nie miały koni.
-Szukamy ich, panie- odpowiedział dowódca starając się by jego głos nie zadrżał ze strachu.- Moi ludzie przeczesują cały las w ich poszukiwaniu. Za chwilę je odnajdziemy.
-Jeżeli się tak nie stanie, zapłacisz za to głową.
Zawróciwszy konia pognał z powrotem do zamku. Śmiertelni przerażeni żołnierze uciekali przed kopytami rozpędzonego wierzchowca. Nikt nie znał dnia, ani godziny, gdy kara Rolada spadnie na ich głowy. Nieszczęśnik znikał w czeluściach lochów lub umierał od tortur. Już sam wygląd kazał trzymać się zwykłym ludziom z daleka. Wysoki, przerastający zwykłych ludzi o głowę, potężnie zbudowany, z rozwianymi jasnymi włosami i zawsze zmierzwioną brodą budził strach i posłuszeństwo. Najbardziej jednak przerażały jego bladoniebieskie oczy, wydawały się przenikać człowieka na wskroś, wnikając w duszę i poznając wszelkie tajemnice. Jednak na swój sposób był przystojny i pociągający.
Niedaleko dowódcy stał mały chłopiec. Ukrył się w obawie, ze ojciec go dostrzeże i odeśle do matki. Jego dusza była czysta o nieskażona złem. Nikogo się nie lękał, nawet Rolanda- swego rodziciela, ani matki- czarownicy Salmy. Bardzo cierpiał widząc niegodziwości rodziców, ich nienawiść i okrucieństwa. Postanowił, że nigdy nie będzie taki jak oni. Marcel kochał ludzi i cały świat. W jego małym, wychudzonym ciele biło gorące serce. Nie ukrywał swych poglądów, co sprawiało, że wielokrotnie był karany. Był jednak silny i nieustraszony. W przeciwieństwie od swego ojca był lubiany pośród ludu. Gdy uciekał przed furią któregoś z władców mieszkańcy miasta chętnie ukrywali go w swoich domostwach, nawet za cenę swego życia.
Dowódca ruszył w głąb lasu. Jego ludzie przeczesywali otoczenie w poszukiwaniu zbiegłych królowych. Wiedział, jaki los je czeka, gdy dostaną się w ręce Rolanda. Jednak strach o własne życie kazał mu zapomnieć o litości. Musiał je odnaleźć lub pożegnać się z życiem.

Daren stał przed chatą i czekał na kobiety. Jako czarodziej, znakomity trzeba przyznać, wiedział, co się stało. Było to zapisane w księdze życia każdej z nich. Wiele lat temu, na Wyspie Czarodziejów, podjął się roli opiekuna ich wszystkich. Dlatego też zamieszkał w tej niepozornej chatynce. Każda z dziewczynek była inna, ale wraz z dwoma czarownicami- Moną i Sybillą, zdołali je okiełznać. No, prawie wszystkie. Jedna z nich- Salma, od samego początku była niebezpieczna. Pragnęła wielkiej władzy, była złośliwa i nienawistna. Gdy skończyła dwanaście lat Daren postanowił odesłać ją do świątyni Donina. Nigdy tam nie dotarła, a wraz z nią zaginął i Seriusz. Wróciła kilka lat później jako żona Rolanda Barbarzyńcy. Jedno było warte drugiego. W takim samym stopniu złośliwi, okrutni, nieludzcy i nieobliczalni. Chcieli rządzić całym światem.
Ścieżką zbliżały się jego podopieczne. Pierwsza szła Celia- blondynka o niebieskich oczach. W otaczających ich ciemnościach nie wiedział dobrze, ale wiedział, że na jej szyi wisi skromny łańcuszek z niebieskim kamieniem. Za nią dreptała Zara- brunetka o piwnych oczach i zielonym kamieniu. Zielonooka Joris o rudych włosach i fioletowym klejnocie. Szatynka Fiore- szarooka z czerwonym rubinem zamykała pochód. Wszystkie cztery wyglądały na zmęczone i wstrząśnięte tym, co je spotkało. Twarze były popuchnięte od płaczu, a z najczęściej promienistych spojrzeń wyzierał smutek.
-Witajcie- odezwał się cicho.- Tu jesteście bezpieczne.
-Ale Salma...- zaczęła Fiore.
-Ona nie ma aż takiej wielkiej mocy jak jej się zdaje- podsumował.- Jesteście zmęczone, więc zaraz macie się położyć. Jutro się zastanowimy, co robić dalej.
-Darenie- odezwała się Zara.- Dobrze wiesz, że dla nas tutaj teraz nie jest bezpiecznie. Wszystkie cztery jesteśmy brzemienne i stanowimy zagrożenie dla Salmy i Rolanda.
-Tak- dodała Celia.- Natychmiast musimy się przenieść na Wyspę Czarodziejów. Tylko tam będziemy mogły wydać na świat nasze dzieci.
-Wiecie, że to bardzo trudne- zaoponował Daren.- Pewną drogą jest tylko lądowa i morska. Za pomocą czarów coś może nie wyjść tak jak powinno.
-Zawsze ukrywałeś przed nami jak się otwiera tajemniczy tunel- ze smutkiem rzekła Zara.
-Może dlatego- odparł- że do tego potrzeba wiele siły. Jesteście pewne, że tego chcecie? Potem wszyscy będziemy potrzebować kilka lat by odzyskać moc magiczną.
-Musimy to zrobić- Celia zaczęła znów płakać.- Sama nie pozwoli nam żyć, jeżeli nas odnajdzie. To jest konieczne- spojrzała na niego błagalnie.
-Niech się więc tak stanie.
Nie był całkowicie przekonany o słuszności kroku, na który chcieli się porwać. Tajemniczy tunel pozwalał się przenosić z jednego miejsca na drugi, choćby najbardziej odległe były. Musieli wykorzystać wszystkie pokłady mocy, jakie posiadaliby tego dokonać. Nie chciałby coś się komuś stało. Było to jednak prawdopodobne. Dziewczyny były jednak tak zdesperowane, że postanowił wykorzystać ten niepewny sposób. Wszyscy ustawili się w kręgu, tym razem się nie dotykając. Daren wyjął swój magiczny kamień i pozwoliłby myśli dokonały tego, co powinno zostać zrobione.
Kobiety były zauroczone tym, co się działo przed ich oczyma. Znały oczywiście z opowiadań diament Darena, jeden z dwóch. Ale nie miały okazji jeszcze go zobaczyć. Emanował całą gamą kolorów, a ich kamienie odpowiadały najmocniejszymi swoimi promieniami. Po chwili wszystkie odczuły to, o czym mówił czarodziej. Siły witalne powoli opuszczały je, by połączyć się z niezwykłą mocą starca. Bliskie omdlenia zdołały zauważyć jak barwny kokon otula je ze wszystkich stron. Pośrodku nich otworzyło się przejście wciągając je do środka, jak do wielkiego wiru.

◊ ◊ ◊ ◊ ◊

Po zamkowych korytarzach chaotycznie biegali słudzy, część z nich wciąż zanosząc się płaczem. Wiedzieli już, że królowe uciekły, a ciała zabitych władców wiedźma kazała zapakować na wóz i wywieź do Krainy Mgieł. Nie mieli pojęcia, jakie są jej zamiary, ale bez szemrania wykonywali jej rozkazy. Ona sama miotała się po sali tronowej rozbijając wszystko, co jej wpadło w dłonie.
-Gdzie one są?- nie cierpiała jak coś nie układało się po jej myśli.
-Może lepiej jak znikły- Rajmacel jak zwykle opychał się łakociami.
-Nie!- od tego krzyku mogły popękać bębenki.- Muszę je mieć, a przynajmniej ich kamienie. Turmalin musi odzyskać moc po tylu wiekach ukrycia. Jeżeli zniszczę te przeklęte kamienie wchłonie ich moc i wreszcie będę panować nad światem- w oczach miała fanatyczny blask.
-Przecież jest silny- stary nauczyciel sceptycznie przyglądał się uczennicy.
-Jesteś niedouczony- zaśmiała się krótko.- W jednej z ksiąg Darena napisano, że musi wchłonąć dobrą- skrzywiła się używając tego słowa- moc pozostałych kamieni niszcząc je w ten sposób. Zagrażają mu tylko diamenty, ale te znikły i nie wiem gdzie są.
-Po co ci ciała królów?- to pytanie nie dawało mu spokoju odkąd dowiedział się o jej decyzji.
Spojrzała na niego spod przymkniętych powiek. Wiele się od niego nauczyła, ale wiedziała też, że nie został dopuszczony do najgłębszych tajemnic. Dawno temu był wraz z Darenem uczniem Gorama Srebrzystego, najpotężniejszego maga ich czasów. Tamten jednak potrafił wyczuć ziarno zła kiełkujące w duszy jednego ze swoich uczniów i odsunął go od tajemnic. Tylko Daren je poznał i to musiała przyznać, że potrafił dochować sekretu.
-Nie stosuj na mnie swojego wzroku, wiesz, że on na mnie nie działa- usiadła na jednym z tronów.- Mężowie moich „sióstr”, żyjąc z nimi przez tyle lat, zmagazynowali w sobie moc kamieni. Jeżeli nie dostanę w swoje ręce ich, muszą mi wystarczyć władcy, byli władcy.
-Jak chcesz to zrobić?- wielokrotnie zastanawiał się jak to się stało, że został jej sługą. Przecież była jego uczennicą, nauczył ją wszystkiego, co umiał, ale musiał przyznać, że już dawno go przerosła. Role musiały się odwrócić.
-Wytłumaczę ci to w domu- podeszła do okna.- Gdzie jest ten Roland?
-Pewnie je szuka.
-Zastanawia mnie tylko, dlaczego czuję spadek mocy kamieni, tak jakby nie chciały je dłużej chronić.
-Może to władza turmalinu?
-Nie- zaprzeczyła- to coś innego. Właściwie, aby je przejąć byłby potrzebny ktoś taki jak one, w innym przypadku można to przypłacić życiem- zastanawiała się na głos.- Nie martwię się o Rolanda- złapała spojrzenie Rajmacela.- To jest dla niego zbyt subtelne- dodała ironicznie.- On potrafi tylko władać mieczem i rozlewać krew, a tu jest potrzebny podstęp.
-Może Marcel?- miał ochotę ugryź się w język.
-On by się nadał, ale za późno na takie rozwiązanie. Musiałabym odpowiednio go urobić, a poza tym jest za młody. To prawie dziecko, co wyrosło z pieluch.
-Twój syn jest bardzo samodzielny, jak na takie małe dziecko.
-Nie wiem, co zrobiliśmy źle, jest tak przerażająco inny niż ja i Roland.
Rajmacel przyglądał się swojej pani z uwagą, jej syn był podobny do niej z urody, ale charakter miał diametralnie różny. Był dobry, szlachetny, nieskażony nienawiścią rodziców.


12 sie 2009 16:12:43
Zobacz profil
Użytkownik

Dołączył(a): 15 mar 2008 19:46:33
Posty: 191
Post Re: Potomkowie
Cieszę się ,że tak szybko ukazała się kolejna część opowieści-poczytuję to za duży plus. Niestety wizerunek całości popsuły błędy stylistyczne i cała masa literówek. To nie są już pojedyncze potknięcia-myślałem, że są tylko na wstępie, ale tekst sprawia wrażenie zupełnie nie sprawdzonego przed opublikowaniem. To naprawdę znacznie utrudnia czytanie i skupienie się nad głównym wątkiem, który w istocie wydaje się być kontynuacją poprzedniej części. Przecież tak łatwo wyedytować swój wpis.
Zauważyłem też, że atmosfera tej części jest zupełnie inna niż poprzednia. Podczas gdy w poprzednim fragmencie było więcej futurystycznych cech (statki kosmiczne, podróże galaktyczne itp) i techniki w najwyższym gatunku, to tutaj czuje się wręcz zapach średniowiecza (w pozytywnym znaczeniu). Ponadto mam wrażenie sporego skoku czasowego-akcja raczej nie rozgrywa się zaraz po wylądowaniu, co również stanowi ciekawy zabieg prowadzący do zaciekawienia czytelnika-na mnie zadziałało. Doszło też trochę więcej magii w, że się tak wyrażę, mniej namacalnej formie. W dalszym ciągu ciekawi mnie co się stanie dalej, jak potoczą się losy wyłaniających się czarnych charakterów i pozytywnych bohaterów, z resztą ani o jednych ani o drugich nie wiemy jeszcze wiele. Mam nadzieję, że masz gdzieś tam wizję całego opowiadania lub może zostało ono już napisane, ponieważ wielowątkowość, z którą mamy tu do czynienia, potrafi być zgubna dla piszącego, poprzez niemożność połączenia wszystkiego w logiczną całość.


17 sie 2009 14:23:53
Zobacz profil
Użytkownik

Dołączył(a): 31 sty 2009 21:51:44
Posty: 5
Post Re: Potomkowie
Hymm, wiem, że są błędy, poprawię się. Zanim wrzucę następny rozdział sprawdzę go, jak znajdę trochę czasu!! :oops:


19 sie 2009 21:30:38
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 5 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do: