Teraz jest 27 paź 2020 2:46:04




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
"Spotkanie po latach" 
Autor Wiadomość
Użytkownik

Dołączył(a): 18 sie 2009 15:09:47
Posty: 31
Lokalizacja: Wlkp
Post "Spotkanie po latach"
„[...] przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu [...].

Julio Cortázar — „Gra w klasy”

Opowiadanie „Spotkanie po latach”

Mężczyzna w granatowej zimowej kurtce z czarną niewielką torbą przewieszoną przez ramię o szesnastej wyszedł z terminalu lotniska, na krótką chwilę zatrzymał się i spojrzał na tablicę rozkładów odlotów i przylotów, potem na kolorowe foldery przed okienkiem informacji. Kupił w kiosku gazetę obserwując mijających go podróżnych. Przeszedł pieszo niecałe sto metrów na przystanek i wbiegł do środka w ostatniej nieomal chwili przed odjazdem autobusu. Prze-jechał około dwudziestu minut, wysiadał i po piętnastu minutach przesiadał się do następnego autobusu. Po jakimś czasie znów wsiadał do następnego autobusu. Bezchmurne niebo nad miastem przybierało kolor ciemnego granatu, przechodzący gdzieniegdzie w ciemną ołowianą szarość. Wokół odczuwało się przygotowania do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia w atmosferze kolorowych dekorowanych sklepów i migających różnobarwnymi światłami choinek stojących na dworze. Stał w autobusie plecami do okna. Starał się trzymać prawie zawsze na uboczu, uważnie lustrując wzrokiem jadących pasażerów. Pasażerowie autobusu spoglądali przed siebie, inni rozmawiali ze sobą, zajęci byli rozmowami telefonicznymi lub czytaniem gazet. Te same, jak co dzień twarze. Na dworze było zimno sypał śnieg i wiał silny północno-wschodni wiatr. Szyby autobusu pokrywała buchająca z ust pasażerów para. Chwilę później cienka warstwa lodu pokryła wewnętrzną stronę szyb. Najwidoczniej ogrzewanie w autobusie podmiejskim nie mogło sprostać wymaganiom. Na ostatnim przystanku już na obrzeżach miasta, tuż obok zaśnieżonego i opustoszałego o tej porze parku duży elektroniczny termometr wskazywał minus dziesięć stopni. Lampy w autobusie dawały niewiele biało niebieskiego światła. Rękawem czarnej kartki przetarł zaparowaną szybę w oknie i starał się przezeń patrzeć chwilę, przez bezkształtny rozmaz na szybie. W czasie jazdy warunki pogodowe pogarszały się z minuty na minutę, pochylił się, próbując coś zobaczyć w coraz bardziej zaparowanej szybie. Zamieć śnieżna coraz bardziej gęstniała i prawie już nie było widać pobliskich zabudowań i rozchodzących się ulic. Lampy zawieszone nad ulicą rzucały mgliste bladożółte światło. Spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Za trzydzieści minut będzie koniec tej wyprawy. Szeroka droga była dobrze utrzymywana, choć kiedy autobus zjeżdżał w zatoki przystanków słychać było jak przemarznięty śnieg chrzęścił po kołami. Tuż przed wjazdem na most nad kanałem, po obu stronach wąskiej zasypanej śniegiem drogi, stały nagie o tej porze roku drzewa. Droga nagle łagodnie zakręcała i opadała, biegnąc gęstym świerkowym lasem; od czasu do czasu, raz znikając, to znów pojawiając się odsłaniała, zza przyprószonych śniegiem drzew; ośnieżoną płaszczyznę, ku zabudowaniom, w dole. W oddali nieśmiało wyłaniała się oświetlona strzelista wieża kościoła na wzgórzu i dalej dachy domów. Uwielbiał wszelkie punkty widokowe, miejsca, gdzie z ptasiej perspektywy można okiełznać i uporządkować krajobraz. Na tym balkonie widokowym czasu było niewiele, podziwianie okolicy utrudniała pogoda, ale panorama rekompensowała te niewygody. Od północnego wschodu majaczyła wielka ośnieżona ściana lasu oddzielająca dwa jeziora. Wokół pełno było przyprószonych śniegiem drzew, a między dość zwartą zabudową i skupiskami drzew. Pomiędzy dość zwartą zabudową i skupiskami drzew meandrowała mała rzeczka. Była niewidoczna o tej porze dnia i w tych warunkach pogodowych. Nieopodal zabudowań stało szare jezioro. Zapatrzył się na dolinę. Nagle autobus zwolnił, wyhamował prędkość, potoczył się w śnieżnej koleinie i wjechał w zatoczkę na przystanek.
Zamyślił się przez chwilę Gdzieś w tle cicho sączył się utwór Bryana Adamsa [ Everything I Do ] I Do It For You. To był piękny wrześniowy dzień. Zbliżała się czwarta po południu. Siedział w firmie przed monitorem i nagły dźwięk komórki na biurku nadejścia wiadomości gwałtownie przerwał pracę. Odczytał wiadomość. Była od niej. Przeczytał całość po raz kolejny. I jeszcze raz. Niezwykła wiadomość "Koniec. Nie dzwoń, nie pisz, nie pytaj. Zapomnij. Monika”. Co się stało? Przez moment owładnęło nim poczucie winy, lecz szybko doszedł do wniosku, że niesłusznie Po jakimś czasie nadszedł czas na moment refleksji, czy z całego tego bałaganu wyjść z twarzą, czy też pokazać całym swym gniewem. Postanowił poczekać na dalszy rozwój sytuacji. To był finał.
Był to jeden z tych naszych pięknych letnich dni, gdy powietrze przepajają wonie świeżo ściętej trawy i dzikich kwiatów. Wydawało się nawet, że czuliśmy ciepły zapach nagrzanej kamiennej ścieżki. Ptaki szybowały wysoko i znienacka spadały w dół nad morze, skały i dzikie łąki. W pewnym momencie zgubiliśmy drogę. Dopiero po jakimś czasie zatrzymaliśmy się, by spytać o nią jakiś dwóch mężczyzn. Późnym popołudniem, wracając do portu płynęliśmy wynajętą łodzią wzdłuż wybrzeża i Calanche od strony morza. Niewiarygodne przedziwne, czerwono-pomarańczowe, granitowe rzeźby, wąskie zatoczki otoczone bardzo stromymi skałami, a to wszystko skąpane w świetle słońca w błękicie nieba i wody. Dopiero potem był rezerwat Scandola, w którym erozja stworzyła groty, szczeliny, iglice skalne pnące się w niebo, czerwone klify, które były bezpiecznym domem dla różnorakiego ptactwa. Mijaliśmy skalne cyple tonące w niewiarygodnie przezroczystej wodzie, wpływaliśmy do ciasnych zatoczek, pod skalnymi łukami i na koniec przed zachodem słońca cumowaliśmy na plaży w Zatoce Girolata. Gdzieś w dole stało tu kilka domów z czerwonego kamienia. Tam ….nie padły żadne słowa o miłości, a zdawało się jej być pełno. Kiedy się kocha, można i na to znaleźć odpowiednie słowa. Cisza czasem wystarczy.
Po chwili drzwi z sykiem zamknęły się za nowym pasażerem. Mężczyzna niczym specjalnym nie wyróżniał od pozostałych pasażerów. Był niskiego wzrostu, krótko ostrzyżony szpakowaty, o dużej kwadratowej ogorzałej twarzy. Po wejściu do środka autobusu zajął miejsce w niewielkiej odległości od stojącego wcześniej mężczyzny, rozpiął skórzaną ocieplaną czarną kurkę, brązową kraciastą marynarkę w dużo ciemniejsze kostki i rozluźnił krawat i poprawił kanty czarnych spodni, popatrzył na ośnieżone czarne botki, po czym wygodnie w usadowił się na siedzeniu. Założył okulary w złoconej oprawce i chwilę rozglądał się po jadących.
- Klapa?- Zawołał nagle grubas z swego siedziska w kierunku stojącego przy oknie pasażera. Tamten w pierwszej chwili nie miał pojęcia, o co mu chodzi. – Klapa! Tak na pewno. Cezary Klapa! - Wspomnienia?
Stojący mężczyzna wzruszył ramionami.
- Cezary Klapa – Siedzący mężczyzna nie ustępował, zsunął okulary, zmrużył oczy i przyglądał się znajomemu mężczyźnie.
- Spadaj dziadu! - syknął Klapa.
- Pieprzyk pod nosem. Tak to, Czarek Klapa.
- Pan się myli.
- Nie. Na pewno, nie, przyjacielu. Pamiętasz mnie? Jestem Antoni Supeł.
- Kto?
- Antoni Supeł.
Supeł poprawił krawat zapiął kurtkę, nagle wstał i ruszył idąc mu na spotkanie. Zielony pod-miejski autobus gwałtownie skręcił, zmieniając pas jezdni i Supeł wykonał niczym pół piruet, po drodze zahaczając i uderzając siedzących w autobusie, potykając się o czyjeś długie nogi zatrzymał się przed pobladłym Klapą.
- Chodziliśmy do tej samej szkoły. Siedziałem w zielonej ławce tuż za tobą. Klasy na piętrze w starym budynku z czerwonej cegły. Szkoła na poznańskich Winiarach. Pamiętasz Klapa? Tak się cieszę, że cię mam! Tak się cieszę!
- Co ty człowieku, robisz? – zapytał.
- Tak się tylko rozglądam. Czy to pan jest Cezarym Klapa? - zapytał podirytowany grubas.
Żadnej odpowiedzi.
- Proszę pana, proszę posłuchać. Jestem Antoni Supeł. Mam na imię Antoni. Muszę z panem porozmawiać. Czy to pan jest Cezarym Klapa?
Stojąc bokiem do grubasa mężczyzna nagle odwrócił głowę i popatrzył na Supła ponad swoim ramieniem.
- Antoni? – spojrzał na niego z wyraźną ciekawością. - Nie wiem, kim pan jest. Zupełnie nie znam żadnych Antków. Nie znamy się przecież. To przecież oczywista oczywistość. Prawda?
- Cezary Klapa – Siedzący mężczyzna nie ustępował, zsunął okulary, zmrużył oczy i przyglądał się znajomemu mężczyźnie.
- Spadaj dziadu! - syknął Klapa.
- Pieprzyk pod nosem. Tak to, Czarek Klapa.
- Pan się myli.
- Nie. Na pewno nie, przyjacielu. Pamiętasz mnie? Jestem Antoni Supeł.
- Kto?
- Antoni Supeł.
Supeł poprawił krawat zapiął kurtkę, nagle wstał i ruszył idąc mu na spotkanie.
Zielony podmiejski autobus gwałtownie skręcił, zmieniając pas jezdni i Supeł wykonał niczym pół piruet, po drodze zahaczając i uderzając siedzących w autobusie, potykając się o czyjeś długie nogi zatrzymał się przed pobladłym Klapą.
- Chodziliśmy do tej samej szkoły. Siedziałem w zielonej ławce tuż za tobą. Klasy na piętrze w starym budynku z czerwonej cegły. Szkoła na poznańskich Winiarach. Pamiętasz Klapa? Tak się cieszę, że cię mam! Tak się cieszę!
- Co ty człowieku, robisz? – zapytał.
- Tak się tylko rozglądam. To pan jest Cezarym Klapa? - zapytał podirytowany grubas.
Żadnej odpowiedzi.
- Proszę pana, proszę posłuchać. Jestem Antoni Supeł. Mam na imię Antoni. Muszę z panem porozmawiać. Czy to pan jest Cezarym Klapa?
Stojąc bokiem do grubasa mężczyzna nagle odwrócił głowę i popatrzył na Supła ponad swoim ramieniem.
- Antoni? – spojrzał na niego z wyraźną ciekawością. - Nie wiem, kim pan jest. Zupełnie nie znam żadnych Antków. Nie znamy się przecież. To przecież oczywista oczywistość. Prawda?
- Och, znam to powiedzenie. Perełka!
- Też to lubię. Tą perełkę ma pan pewnie w domu?
- Ach nie. Staszek na mnie czeka. Właśnie panu powiedziałem. Jestem Supeł. I tak sobie teraz myślę, że być może ma pan rację. To było bardzo dawno.
- Co?
- Historia.
- Nie mam z tym nic wspólnego.
- To przykre – stwierdził Supeł.
Jechali jakiś czas w milczeniu.
- Co pan tutaj robi? – zapytał po chwili Supeł
- Co to pana, do jasnej cholery, obchodzi? Czy może pan wie, co pan robi? - Klapa poczuł narastającą złość.
- Myślę, że wiem. Mam świadomość tego co mówię i robię. Chociaż, bardzo rzadko odpowiadam na pytania, to za chwilę otrzymasz odpowiedź. Na wstępie mała uwaga. Nie ładnie pachnie, tobie z buzi. Niedobrze, że nic o tym nie wiesz - powiedział po chwili. - Śmierdzi tobie z ust. Masz brudne, przetłuszczone włosy.
- Brakuje panu, partnera do… Załóżmy, że do rozmowy?
- Mam nadzieję, iż nie sądzi pan, że ja mogę być? Tutaj w tym zatłoczonym autobusie, w tym zgiełku, nie panuje pan, nad sytuacją. Ponosi pana. - Supła ogarnęła radość.
- Ile ma pan czasu? – zapytał Klapa.
- Trochę.
- Czyli, nie wiele? Może jednak wieczorem.
- Nie przesadzaj. Mam ci znów uwierzyć? – Powiedział i uniósł brwi w oczekiwaniu na reakcję.
- Owszem.
- Muszę to wziąć, pod uwagę – przyznał po namyśle Supeł. – Mimo, że wydaje mi to bardzo dziwne.
- Wszystko jest dziwne.
- Dobrze. Zatem, kiedy i gdzie?
Klapa odchylił się i zamknął oczy.
- Możemy się spotkać za godzinę tutaj w knajpie.
- Oj! A, mówiłeś, że masz wolne mieszkanie. Kłamczuch!
- Wolę tam gdzie powiedziałem.
- Obawiasz się czegoś?
- Nie.
- Mieszkasz tutaj?
- Czy to ważne?
- Będziesz?
- Tak i zrób to samo.
Supeł już tego nie słyszał, bo autobus nagle przyhamował i ostro skręcając wjechał w za-toczkę na przedostatni przystanek. Siła odśrodkowa bezwładności sprawiła, że Supeł nie trzymając się poręczy wpadł na stojącego Cezarego Klapę.
- Chcesz mnie wykiwać ty śmierdzący menelu – krzyknął Supeł! Tutaj nie ma knajpy.
- Upierdliwy stary dziad.
Klapa chwycił Supła za rozpiętą czarną kurtkę i silnie odepchnął od siebie.
Kilka par oczu jadących pasażerów patrzyło w ich kierunku. W autobusie zrobiło się cicho.
- Nie znoszę śmierdzieli. – Zawołał głośno Supeł. Ostatkiem sił łapał powietrze.
- Ja też - wyrzucił z siebie Klapa. - Jak się czujesz?.
- Paskudnie.
- Okropnie. Tyle lat… To było bardzo dawno.
Autobus zatrzymał się. Wyszli.
Nagle śnieg przestał padać, równie gwałtownie, jak zaczął. Wiatr ucichł.
Wokół przystanku było pusto. Pod stopami trzeszczał przemarznięty i zalegający śnieg obu stronach wąskiej zasypanej śniegiem drogi stały nagie o tej porze roku drzewa.
W niewielkiej odległości, droga nagle łagodnie zakręcała i opadała. Nieopodal zabudowań dostrzegł szare jezioro. Czarne, duże ptaki głośno wrzeszczały na przydrożnych drzewach.
- Podjedziemy?
- Wolę jednak się przejść – oświadczył Klapa.
- Tak przypuszczałem.
Nagle zadzwonił telefon. Klapa wzdrygnął się zaskoczony. Wyjął komórkę z kieszeni i ode-brał.
- Czarek.
Cisza.
- Komisarz Klapa?
- Przy telefonie.
Cezary słuchał.
Znów wzmagał się wiatr. Na pobliskiej niewielkiej drogowej zatoczce na jej poboczu walały się jakieś śmieci i potłuczone szkło. Pokonali kilka śnieżnych wzniesień i przeszli przez wąską bramę, wąskim czystym korytarzem potem przez drzwi i znaleźli się na rozległym placu.
- Wiesz, jak to jest. Prawdą jest, że nie byłem wtedy w formie – powiedział Klapa.
- Czy ktoś nas był w formie? – zapytał Supeł
- Pech.
- Pech chciał, że akurat tu byłem, kiedy on tam był.
- Powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czego szukał.
- Nas.
- To może tak być…Tak to prawda. To było w pobliżu tego tam domu...- powiedział Antoni kiedy uszli już kilkadziesiąt kroków do chaty nad jeziorem.
- Ok. Nie chcę już o tym mówić.
- Co mogę dla ciebie zrobić?
- Odwal się. Posłuchaj, co to dzisiaj było?
- Prowokacja.
- I co z tego mamy?
- Na razie nie wiele. Nie dali się wciągnąć.
- Skąd wiemy, że to właśnie jest to miejsce, które od kilku lat szukamy?
- Zaufaj mi.
- Znalazły się moje papiery?
- Tak pod podłogą chaty.
- Czy ty sobie żartujesz?
- Włożyłem w to wszystko dużo wysiłku, żeby nie ulec pokusie rozczarowania, zgorzknienia z bezczynności. Ta historia wywróciła moje życie do góry nogami i szczerze mówiąc, nie mam najmniejszej ochoty dłużej czekać.
- Ja też nie chcę już czekać.
- Zatem mamy wspólny cel.
Przeszli w milczeniu jeszcze kilkaset metrów i nagle gdzieś niedaleko, głuchą ciszę przerwał nadjeżdżający samochód. Nagle uskoczyli w bok. Samochodem jakby szarpnęło na nierównościach. Ogromna ilość lodowatej wody chlusnęła na boki, ale samochód trzymał się obranego kursu. Potem pojazd zatrzymał się, choć praca silnika nie ustała i usłyszeli rzucenie czegoś ciężkiego, potem trzask zamykanych drzwi samochodu, po chwili pojazd ruszył dalej bez oświetlenia.
Po jakimś czasie usłyszał czyjeś nieśmiałe stąpanie.
Zaczął znów padać gęsty śnieg i wzmógł się wiatr.
– Oj. Może będzie robota. – Zaklął jakiś głos. Antoni w niewielkiej odległości zobaczył mężczyznę zacierającego brudne, spierzchnięte i popękane dłoni, który przekazywał otoczeniu swoje oczekiwania. Tamten pewnie zawsze o tej porze czekał tutaj i w okolicach tego opuszczonego domu i placu wysypiska, by wśród znieruchomiałych kształtów stert śmieci wydobyć aluminiowe opróżnione puszki po napojach. Potem je zbywał u profesjonalnych odbiorców złomu. Tym się teraz wraz z jeszcze innymi zajmował.
– Ty bydlaku – fuknął ktoś podchodząc bliżej do mężczyzny niewielkiego wzrostu, który mocował się by zarzucić worek na wózek.
- Pomożesz mi majster – odpowiedział tamten uśmiechając się ukazując pustostan górnego uzębienia oraz pozostałość nadpsutych pożółkłych dolnych zębów.
- Zamknij pysk. - Święcąc sobie latarką zbliżył się do brezentowego i zamkniętego na bły-skawiczny zamek worka. - Poczekaj.
Jeden z mężczyzn delikatnie kopnął worek nogą. Był ciężki i miękki . Trącił go ponownie, tym razem silniej.
- To nie ten towar – mruknął pod nosem.
- Otwórz Edi. Pokaż, co tam masz.
Kiedy Edi rozsunął suwak ich oczom ukazała najpierw głowa mężczyzny. Im więcej Edi od-suwał suwak brezentowego worka, tym bardziej odsłaniał się obraz nieżyjącego mężczyzny.
- Oj kurteczka – zawołał Edi i odskoczył na bok.
- Spadamy Edi – majster z trudem przełknął ślinę i bez słowa zaczął się odsuwać coraz bar-dziej.
Potem obaj biegli w nieznanym kierunku byleby jak najdalej. Im było bliżej lasu tym rozbiegli się każdy w swoim kierunku.

_________________
magas


15 lis 2012 18:30:22
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do:  
cron