Teraz jest 24 lis 2020 0:31:42




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
Dwunastu gniewnych 
Autor Wiadomość
Użytkownik

Dołączył(a): 27 lut 2008 23:53:10
Posty: 31
Lokalizacja: Bielsko-Biała
Post Dwunastu gniewnych
OSOBY DRAMATU:
(według kolejności pojawiania się na scenie)

Dżordż – człowiek, sprzedawca wazeliny, któremu przyszło dokończyć żywota na ziemi

Śmierć – znana również jako Biała, mało przyjemna fanatyczka kosy
Irytacja – doskonała matematyczka
Wojna – stara, oj stara pani
Zaraza – tfu...
Głód – zasuszony staruszek
Zawał Serca – dziwny gość
Nagła Śmierć – postrzelona istota
Sprawiedliwość – ślepa oczywiście oraz jej pies Bezprawie
Nienawiść – połączenie wstrętu, niechęci i wrogości
Podłość – (ludzka) nie zna granic
Pycha - uczestniczka procesu zupełnie przypadkowa
Bezdenna Głupota – z którą sami bogowie walczą nadaremno
oraz
Ślepy Traf – co prawda nie występuje tu ciałem, ale jest o nim mowa.

Dżordż od kilku minut chodził nerwowo po pokoju. Denerwował się, że jego osobista żona jeszcze do tej pory nie powróciła do domu. Trzy godziny temu udała się na pół godziny do kosmetyczki. W przeciwieństwie do wielu innych mężczyzn Dżordż rozumiał kobiety, ale nigdy nie udało mu się zrozumieć takiego zachowania. Dlaczego one nigdy nie dotrzymują słowa? Dlaczego nigdy nie można im ufać? Nawet nie próbował poszukać odpowiedzi na te pytania.
Gdy usłyszał dzwonek u drzwi pobiegł otworzyć tak szybko jak tylko potrafił uważając przy okazji aby nie rozbić głowy o futrynę.
Za drzwiami nie stała jednak jego żona, której przypomnijmy oczekiwał, lecz zupełnie nie znana Dżordżowi osoba. Kobieta co prawda, ale obca. Nie żona. Jak na kobietę wyglądała nieco dziwacznie: koścista twarz, czarne oczy, wystające zęby. Kompletu dopełniało białe prześcieradło stanowiące odzienie oraz kosa w prawej dłoni. Prawie dwumetrowa postać wypełniała całe pole widzenia Dżordża.
- Halloween był trzy miesiące temu - powiedział Dżordż. - Nie dostaniesz cukierków.
Biała postać bez słowa odsunęła od drzwi człowieka i weszła do środka. Dżordż dopiero po chwili zareagował:
- Ej... proszę wyjść z mojego mieszkania.
To co wydarzyło się zaraz po tej nieśmiałej próbie zatrzymania intruza można śmiało nazwać błyskawiczną akcją zbrojną - kobieta zawróciła na pięcie i zatoczyła szerokie koło ręką uzbrojoną w kosę. Ostrze kosy znalazło się na gardle człowieka. Dżordż spojrzał Śmierci w oczy. Został zaskoczony. Mniej więcej tak samo jak pan Andrzej ze wsi Turchanki Górne gdy w ubiegłym tygodniu wygrał milion biorąc udział w loterii pieniężnej zorganizowanej z okazji dnia rolnika. Żona pana Andrzeja również była nieco zaskoczona, że jej mąż pijak coś wreszcie wygrał.
- Memento mori, synu. Proszę... - syknęła Śmierć. - Daj mi szansę aby to skończyć zanim się zacznie. Umarli żyją krócej. I drzwi zostaw otwarte...
Człowiek milczał w obliczu takiego argumentu. Nie miał zamiaru tego zmieniać. W końcu to jego życie. Tylko co on powie żonie?
Chwilę potem kosa zmieniła swoje położenie, a Dżordż odetchnął pełną piersią. Śmierć weszła do pokoju na środku którego stał duży okrągły stół. Blat stołu przykryty był zielonym obrusem, który Śmierć zaraz po pojawieniu się w pomieszczeniu zrzuciła na podłogę. Usiadła na krześle i kazała to samo uczynić Dżordżowi, co ten natychmiast uczynił.
- Co...? - zaczął budować zdanie pytające człowiek, ale zaraz przerwał gdy ujrzał, że do pokoju wchodzi kolejna osoba. Znowu kobieta. Ubrana jak nastolatka Irytacja. Ujrzała Śmierć i uśmiechnęła się.
- O już siedem jesteś...
Nikt nie wiedział dlaczego wplata w swoje wypowiedzi liczebniki. Ni w pięć ni w dziesięć. Jednakże dzięki nim można było poznać jak bardzo Irytacja była zirytowana, gdyż im bardziej była zdenerwowana tym wyższy liczebnik wplatała pomiędzy słowa.
Usiadła przy stole i zapytała Dżordża co jest na obiad. Zanim Dżordż zdołał odpowiedzieć Śmierć zwróciła jej uwagę, że nie przybyli tutaj w celach konsumpcyjnych, lecz egzystencjalnych. Zabrzmiało to dziwnie i złowieszczo. Dziwnie dla Irytacji, złowieszczo dla Dżordża.
W pokoju Dżordża pojawiła się kolejna para dziwacznych istot: Wojna i Zaraza. Dwie przerażająco wyglądające niepozorne staruszki zajęły bez słowa miejsca przy stole.
- Co się wam trzy stało – rzuciła wesoło na ich widok Irytacja zmieniając krzesło i siadając bliżej dwóch staruszek. Wojna nawet nie była łaskawa spojrzeć na Irytację. Zaraza natomiast wciągnęła w nozdrza powietrze.
- Co tu tak dziwnie jest? – spytała pięknie budując zdanie.
- Normalnie jest.
- Tu jest jak w barze.
- Światło?
- Co światło?
- Pytam, czy światło jest jak w barze?
- Nie. Cuchnie tu jak w barze.
- Czuć śmierć.
Biała postać przy stole poruszyła się nerwowo.
- Uważaj na słowa, które rzucasz – powiedziała.
Irytacja przełknęła głośno ślinę i wymruczała pod nosem bardzo wysoki liczebnik.
- Zbieramy się tutaj – powiedziała Śmierć do Wojny i Zarazy, - aby przeprowadzić proces tego człowieka. – Wskazała kosą Dżordża. - To sprawa życia i śmierci. Zadecydujemy o dalszym życiu lub śmierci człowieka. Przesądzimy jego los.
- Śmierci dwanaście – uściśliła Irytacja.
- Proces musi być sprawiedliwy, ale również i krótki, po którym sądzony tutaj człowiek skazany zostanie na śmierć.
- A gdzie tutaj sprawiedliwość? – zadał pytanie osobnik, który był nomen omen główną postacią tego przedstawienia.
- Jesteś człowiekiem i nie możesz być sądzony w inny sposób.
- Ale dlaczego tak? Dlaczego mam umrzeć?
- Bo ty jeden głupi jesteś - odparła za wszystkich Irytacja.
- Śmierci żaden się nie wywierci – dorzuciła Wojna.
- Memento mori – pamiętaj, że musisz umrzeć. Nie można uniknąć śmierci – na koniec dorzuciła swoją ulubioną sentencję Śmierć.
Po tej krótkiej wymianie zdań w pokoju zjawił się Głód. Jego wygląd przyciągnął uwagę wszystkich w pokoju. Nie dość, że nie wszedł drzwiami, a przeniknął przez ścianę, to jeszcze głośno beknął co spowodowało powstanie grymasów niezadowolenia na ustach czterech kobiet. Staruszki zignorowały przybysza, Irytacja znowu wypowiedziała wyższą cyfrę, trochę niższą niż chwilę przedtem, a Śmierć stwierdziła, że Głód wygląda żałośnie i jest jeszcze chudszy niż kilka lat temu gdy go ostatni raz spotkała.
- Zapomniałem na śmierć, że jeść trzeba – odparł.
- Po co on nam tutaj? – spytała Zaraza Śmierć. - Głód to zły doradca chociaż uczy wielu rzeczy i jest najlepszym kucharzem
- Ma doświadczenie – odparła Śmierć.
- Życie jest najgorszą imprezą na której byłem – powiedział Głód ot tak sobie, aby coś powiedzieć.
- Po co to sto a może i dwieście mówisz?
- To jest tutaj wolność słowa, czy nie?
- Słowo twoje jest pochodnią nogom moim.
- Co ty pieprzysz?
- A tak sobie opowiadam.
- Słowa, słowa, słowa...
Śmierć trzasnęła kosą o stół i rozmowa ucichła.
Zawał Serca pojawił się w pokoju od razu na krześle. Typowe dla niego. Nagle i zupełnie z zaskoczenia.
Irytacja udała zaskoczenie i prawą dłoń przystawiła do swego serca.
- Oj ty przestań mi to robić – powiedziała. – Jedenaście jeszcze umrę na zawał - zachichotała głupio. Jak to nastolatka. (Przepraszam wszystkie nastolatki.)
- Coś ty taki ubłocony? – Wojna wypowiedziała głośno pytanie, które wszystkim cisnęło się na plugawe usta, gdy ujrzeli sztywne od błota spodnie Zawału Serca.
- Byłem na bagnach – odparł - gdzie towarzyszyłem pewnemu człowiekowi zakończyć żywot. Wiecie jak to jest: chodzenie po bagnach wciąga.
Żadna z istot w życiu, o ile tak można o ich egzystencji powiedzieć, nie była na bagnach i nie miała najmniejszego pojęcia jak bardzo wciąga chodzenie po bagnach. Może rzeczywiście było to wciągające.
- Ciężko jest lekko żyć – dodał Zawał.
Pojawienie się następnej osoby dramatu wprowadziło wszystkich obecnych – oprócz Dżordża oczywiście, bo ten to już dawno miał wszystkiego dosyć – w zastanowienie. Nikt nie potrafił rozpoznać kto zacz. Śmierć sięgnęła za pazuchę i wyciągnęła Bestiariusz. Zaczęła przeglądać stronę po stronie raz po raz patrząc na przybyłą postać. Wreszcie znalazła.
- Siadaj Nagła Śmierci i czekaj razem z nami na resztę.
W dłoniach przybyłej pojawiła się broń. Automatyczna, dodajmy.
- Postrzelamy? – spytała.
- Siadaj.
- Jeden strzał?
- Nie.
- Ostrzegawczy? Cichy. Markowany?
- Nie. Siadaj i schowaj kałacha.
No i co miała zrobić? Uczyniła to niechętnie. Siadając zmieniła broń na inną. Na starego colta, czyli rewolwer, a jak wiadomo, broń we współczesnych czasach trochę archaiczna.
- Z tego mogę? Raz jeden w głowę tej glisty? – miała oczywiście na myśli Dżordża.
- Co prawda faktem jest, że umarli żyją krócej – powiedziała Śmierć, - ale mimo wszystko poczekajmy na resztę. Gdy wszyscy się pojawią załatwimy szybko sprawę, zabijemy gnojka, spiszemy protokół i zakończymy imprezę.
Komuś zadzwonił telefon komórkowy. Wszyscy zaczęli sprawdzać czyj to. Rozległy się ciche szepty w stylu: to nie mój, gdy od stołu wstał Dżordż.
- To mój – powiedział.
- Wyłącz – rozkazała Śmierć. – Jesteś zajęty.
Telefon przestał dzwonić. Dżordż był zrozpaczony. To pewnie jego żona, która będzie się denerwować, że nie odebrał telefonu, albo że nie oddzwonił. Co za idiotyczna sytuacja. Obserwował uważnie zebranych przy stole i zastanawiał się jak mogło do takiej sytuacji dojść, gdy telefon ponownie zadzwonił.
- To żona - stwierdził czerwieniąc się.
- Mówiłam ci baranie abyś wyłączył to gówno – syknęła Śmierć przez zęby.
W tym momencie ktoś uderzył w drzwi, zaklął, a następnie wśród steku przekleństw wszedł do domu. Oczom zebranych ukazał się najpierw duży czarny pies przewodnik, a następnie idąca za nim niewidoma kobieta. Na spotkaniu w domu człowieka zjawiła się przewodnicząca, sama Sprawiedliwość. Pies nosił dźwięczne imię: Bezprawie i wszystkim było wiadome, że łasy jest na kiełbasę korupcyjną.
- Witam wszystkich – powiedziała miłym głosem, a następnie usiadła przy stole. – Są już wszyscy?
- Jeszcze nie.
- Dobry wieczór – obecni spojrzeli w stronę drzwi. Śmierć przerzuciła kolejne strony w Bestiariuszu. Rozpoznała przybyłych: Nienawiść i Podłość. Dwie kolejne sędziny. Dwóch kolejnych katów.
Ostatnie dwie osoby dramatu, który rozgrywał się w domu Dżordża przybyły dziesięć minut później, dziesięć minut przed zejściem ze sceny życia człowieka. Były to Pycha i Bezdenna Głupota.
- Jesteśmy w komplecie – powiedziała Śmierć i spojrzała na Dżordża. – Możemy zaczynać. Nienawiści, zaczynaj...
- Słyszałam, że ma pan problemy z oddawaniem moczu – z wyższością typową dla siebie odezwała się Nienawiść.
- Nie. Nic takiego nie miało miejsca – odparł Dżordż.
- A zgagę pan ma?
- Nie.
- A łupież?
- Też nie.
- Francy pan też nigdy nie dostał?
- Nie. Nigdy i dodam uprzedzając kolejne pytanie, że również nie sram do łóżka.
- No... tylko bez wulgaryzmów kochany – uspokoiła go, a potem zapytała wszystkich zgromadzonych: - No to o co chodzi? Mamy ukatrupić zdrowego?
- To jest proces, a nie eutanazja – odparła Sprawiedliwość.
- A to co innego. Kto go przenosi na drugą stronę?
- Życie nie jest lekkie synu – Podłość stała za plecami człowieka i lekko poklepała go po ramieniu. – Tak to już jest. Raz na wozie, raz pod wozem. Ostatnie życzenie?
- Jakie ostatnie życzenie? – spytała Śmierć. – To nie jest koncert życzeń, lecz sprawiedliwy proces.
- Egzekucja chciałaś powiedzieć.
- Jak zwał tak zwał. Sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby świat miał zginąć.
- Tylko bez wielkich słów proszę.
- Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Czas zabijać...
Irytacja wstała od stołu i podeszła do okna. Próbowała coś dojrzeć na zewnątrz, ale bezskutecznie.
- Gdzie ta kobyłka? – spytała po chwili.
- Oj ty głupia...
- Odstrzelę jej łeb.
- Nie.
- To gliście odstrzelę łeb.
- Nie.
Do rozmowy przyłączyły się po chwili wszystkie zgromadzone w pokoju istoty zastanawiając się kto i jak ma ukatrupić sprzedawcę wazeliny. Każda z propozycji była kusząca i bardziej wymyślna, ale nie mogli znaleźć kompromisu. Wszyscy chcieli pozbawić życia człowieka, ale w tym zamieszaniu nikt nie zauważył, że Dżordż umarł. Zupełnie nagle i nie wiadomo dlaczego. Nagła Śmierć zaprzeczyła od razu, że nagła śmierć człowieka ma z nią cokolwiek wspólnego. To zwykły zbieg okoliczności.
Rozmowy, lub dokładniej mówiąc kłótnie umilkły, a Śmierć zadzwoniła szybko do Zbiega aby zapytać czy maczał palce w tej zbrodni. Zaprzeczył. Biała chwilę pomyślała i stwierdziła po krótkim wahaniu, że nie warto roztrząsać tego problemu w tak wielkiej skali, na co wszyscy zgromadzeni przytaknęli. Problem rozwiązał się sam. Człowiek był martwy.
Dżordż należał już do historii. Był trupem, denatem, umarlakiem. Najzwyczajniej bez ducha leżał na podłodze.
- Sztywny – powiedziała Wojna.
- Nie żyje – dorzuciła Zaraza.
- Możemy go zjeść... – dorzucił ktoś inny.
- Zakopmy go.
- Spalmy.
- Dajmy go kotom.
- Dosyć już – przerwała Sprawiedliwość. – Spiszmy protokół i spadajmy stąd. Kto potrafi pisać?
Nikt się nie zgłosił.
- Przecież to tylko parę zdań.
Nadal nikt nie wyraził ochoty na czynny udział w grafomanii.
- Dobrze, w takim razie sama napiszę sprawozdanie – na stole Wojna rozłożyła czystą serwetkę i wręczyła Sprawiedliwości długopis.
- Co to jest? – spytała Sprawiedliwość.
- Długopis.
- Protokół musi być spisany palcem maczanym we krwi denata. Dajcie mi tu zwłoki.
Ciało szybko znalazło się na stole. Śmierć czubkiem kosy rozcięła żyły Dżordża i Sprawiedliwość rozpoczęła pisanie protokołu. Napisała imię i miejscowość; następnie ulicę aż doszła do numeru mieszkania. Tutaj zatrzymała swój umaczany we krwi paluch nad serwetką.
- Jaki tu jest numer?
- No jak to jaki? Trzysta sześćdziesiąt sześć sto dwadzieścia – zirytowała się Irytacja czym wprowadziła Sprawiedliwość w zdumienie.
- Denerwujesz się czy odpowiadasz na moje pytanie?
- Numer jest trzysta sześćdziesiąt sześć – już spokojniej odparła dzierlatka.
- Ja widziałam inny na budynku – wtrąciła się Bezdenna Głupota.
- Idź sprawdź.
Bezdenna Głupota i Wojna wyszły na zewnątrz. Postały tam chwilkę patrząc bezsensownie na numer. Wojna dotknęła ostatnią cyfrę w numerze i wszystko dla niej stało się jasne. Zaskoczenie i wstyd malowały się na ich twarzach gdy wróciły do pokoju. Wojna drapała się po nosie. Bezdenna Głupota zrobiła tylko głupią minę.
- Trzysta sześćdziesiąt dziewięć. Mocowanie ostatniej cyfry do muru jest złamane. Dziewiątka okręciła się wokół śruby i zmieniła się w szóstkę – powiedziała cicho. Spojrzała na ciało Dżordża. – To nie ten człowiek. Zabiliśmy nie tego człowieka.
- Ups... – mruknęła Śmierć. – Patrzcie no... i nie protestował.
Sprawiedliwość pogłaskała Bezprawie. – Wiecie co? – spytała cicho. – Dobrze zrobiliśmy zabijając człowieka. Pomyłkowo, ale wszystko zwalimy na Ślepy Traf, którego tutaj nie było, a na pewno maczał w tej sprawie swoje brudne paluchy. Pomyślcie tylko, że w sumie nic by mu się nie stało gdyby dopilnował aby numer na budynku był prawidłowo przytwierdzony do ściany. Niedopatrzenie. Niedbałość. Tak charakterystyczne dla ludzkiej rasy wady. No cóż sądzę, że czas zamykać teatr. Dopiszę tylko numer do protokołu i zbierajmy się stąd.
Chwilę potem składała już protokół i żegnała się ze wszystkimi. Nagła Śmierć chciała postrzelać na wiwat, ale nikt jej na to nie zezwolił. Powoli opuszczali dom człowieka zostawiając za sobą niemiłe wspomnienie.


29 lut 2008 0:34:33
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do: