Teraz jest 20 lip 2018 17:18:40




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
Herbert Brian, Anderson K.J - "Dżihad Butleriański" 
Autor Wiadomość
Mod
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lip 2007 15:39:15
Posty: 693
Post Herbert Brian, Anderson K.J - "Dżihad Butleriański"
"Diuna. Dżihad Butleriański" - Brian Herbert i Kevin J. Anderson

Obrazek

Pierwszy tom trylogii "Legendy Diuny" sygnowany nazwiskami panów Herberta i Andersona przynosi wielkie rozczarowanie. Nie jest to, bynajmniej, zaskoczenie, bowiem tego mniej więcej spodziewałem się po efektach dotychczasowej pracy obu panów.

Kevin J. Anderson dał się już poznać jako chałturnik, czy też pisarz na zamówienie, a jego sztandarowe dzieła to raczej miernej jakości powieści powiązane z uniwersum Star Wars, oraz kiepsko oceniane książkowe quasi-epizody serialu The X-Files. Od pewnego czasu podjął współpracę z Brianem Herbertem - który wsławił się najbardziej tym, że jest synem Franka Herberta i niczym ponadto - i razem "mieszają" sporo w uniwersum "Diuny". Brian Herbert, powołując się - jak to spadkobiercy wielkich pisarzy mają w zwyczaju - na legendarne notatki swego ojca, postanowił do sześcioksięgu Franka Herberta dopisać coś jeszcze, co z pewnością senior by napisał, gdyby dane mu było pożyć dłużej... Ile w tym prawdy? Ziarno, zapewne, ale niewiele więcej...

Czym więc jest nowa "Diuna"?

"Dżihad Butleriański" jest odległym prequelem, sięgajacym wstecz jakieś 10.ooo lat względem wydarzeń opisanych w pierwszym tomie oryginalnej serii, zwanej obecnie "Kronikami Diuny". Wszechświat dzieli się na Światy Ligi, zamieszkiwane przez ludzi i Zsynchronizowane Światy będące pod władaniem potężnego komputerowego wszechumysłu, zwanego Omniusem i potężnych Tytanów - ludzkich mózgów w mechanicznych ciałach. Od tysiąca lat między ludźmi i maszynami panuje stan delikatnej równowagi.

W pierwszych "sekwencjach" jesteśmy świadkami złamania tej "stabilności" - Tytani przepuszczają atak na Salusa Secundus, centralny świat i stolicę Ligi...

I od tego momentu dowiadujemy się z jakiego typu książką będziemy mieli do czynienia. Zapomnijcie o wszelkich subtelnościach i niuansach z "Diuny" - tu liczy się szybka akcja, wielkie epicke starcia w kosmosie i wściekłe ataki kroczących robotów na powierzchni planety. Jesteśmy świadkami czynów heroicznych i wściekłej destrukcji ze strony maszyn. Automatycznie nasuwają się skojarzenia z "Gwiezdnymi Wojnami" i "Transformersami" i budzą wielki niesmak. To nie do tego przyzwyczaił nas mistrz Herbert, nie tak powinna wyglądać powieść w realiach uniwersum "Diuny".

Nie jest to jedyny grzech, jaki popełnili obaj - ciekawe, który bardziej? - panowie. Nie wiem, jak do tego doszło, ale jest to powieść, która nie ma głównego bohatera, z którym czytelnik mógłby się identyfikować. Kogoś, kogo "przygody", wzloty i upadki mógłby przeżywać. Jest za to masa bohaterów, które w mniejszym, bądź większym stopniu czytelnika nie obchodzą.

Kolejnym fatalnym zabiegiem jest podzielenie akcji na krótkie wątki-rozdziały. Polega to na tym, że czytelnik przerzucany jest bez ładu i składu (choć pewnie jakiś sens w tym jest) z planety na planetę i często musi zapoznawać się w wieloma mało ciekawymi wątkami - jak choćby poznawać proces twórczy wynalazcy Tio Holtzmana czy śledzić mało ciekawe losy Selima pierwszego Ujeżdżacza Czerwi. Większość z tych wątków nie wnosi nic do fabuły, część zdaje się mieć na nią jakiś wpływ a inne pewnie zostaną rozwinięte w kolejnych tomach, jakkolwiek takie "poszarpanie" akcji sprawia, że powieść czyta się w pewnym sensie ciężko i nieprzyjemnie.

Jednym z najbardziej drażniących zagrań ze strony duetu Herbert-Anderson jest wyjaśnianie w możliwie najprostszy sposób i przeważnie "na siłę" pewnych wątków i zjawisk z "Diuny" - czyli takie "jak do tego doszło", albo "jak to się stało"? I tak pierwszy Ujeżdżacz Czerwi wpadł na możliwość wykorzystania Szej-huluda, jako pustynnego rumaka zupełnym przypadkiem, przypadkiem odkryto właściwości melanżu a proces jego wydobywania zaczął się od zapędów jednego, chciwego kupca, itp. Osobiście wolałbym, żeby te tematy zostały jedynie delikatnie poruszone w jakimś szerszym kontekście, a nie żeby robić z tego oddzielne wątki banałem śmierdzące na odległość.

Na kwestie techniczne, z których większość zakrawa na śmieszność (np. oszukanie myśliwców poprzez wypuszczenie pary wodnej i "wyświetlenia" na niej multiplikowanego holograficznego (!) obrazu statku-uciekiniera) nawet nie wspomnę...

Jedynym plusem jest wątek samodzielnego robota Erazma, którego każde pojawianie się znacząco podnosi poziom a dramatyczny finał z jego udziałem wywołuje prawdziwe emocje - to jeden z elementów, którego źródłem rzeczywiście mógł być Frank Herbert.

I taka jest właśnie nowa "Diuna" - banalna, sztampowa, pełna klisz. Nieciekawie napisana, pozbawiona świeżości i głębi. Niewiele majaca wspólnego z oryginalną serią.

Jakkolwiek ciężko mi jednoznacznie powiedzieć, że jest to książka do cna zła. Jako fana oryginalnej "Diuny" drażniło mnie niemal wszystko, od sposobu prowadzenia akcji poprzez bohaterów na samej istocie pomysłu skończywszy. Kiedy w "Kronikach Diuny" wspominano Dżihad Butleriański, wyobrażałem sobie tamtą "wojnę" jako konflikt natury ideologicznej, czy etycznej wynikający ze strachu ludzi przed tworami stworzonymi na podobieństwo człowieka.

W powieści duetu Herbert - Anderson wszystko zostało sprowadzone do stereotypowego konfliktu Dobrzy Ludzie vs. Złe Maszyny wg receptury rodem ze Star Wars. Zresztą do Star Wars analogii jest tu niemało i pewnie najbardziej "Dżihad Butleriański" spodoba się miłośnikom literatury spod tego szyldu.

Nasunęła mi się jeszcze jedna analogia do SW: najlepszym podsumowaniem tego, czym jest "Dżihad Butleriański" będzie to, że ta powieść jest dla oryginalnej "Diuny" tym, czym dla oryginalnej trylogii SW były "Mroczne Widmo", "Atak Klonów" i "Zemsta Sithów".

Bardzo słabo, jak na "Diunę" i jedynie miernie, jak na powieść SF w ogóle.

Ocena: 2/5

P.S. Zapomniałem wspomnieć o wydaniu - bardzo ładne, w sztywnej oprawie, z rysunkami Siudmaka, ale co z tego?...

_________________
Cytuj:
"Z książkami jest tak samo jak z ludźmi: tylko niewielka część odgrywa dużą rolę, reszta gubi się w wielości."

Gregory Benford - "Zagrożenie Fundacji"


Cytuj:
"Out in the oceans of sand
I saw the future
Of a golden land
Below the plains
I've been meeting my fate
I stood the test
The universe
In the palm of my hand
Oh, am I blessed
Or cursed "


Savage Circus "Legend of Leto II"


18 kwi 2008 22:21:17
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do: